Michalina Pięchowa
JA JESTEM Z TYCH...
"Niedługo wrócę" - powiedział 33-letni prof. Jan Kot żegnając się z żoną i córką. Nie powiedział i nie przeczuł, że nastąpi to dopiero po 18 latach. Opuścił Bochnię, pozostawił rodzinę, by służyć wyższej sprawie, by bronić zagrożoną Ojczyznę.
Ja jestem z tych...
Córeczko miła, ja z więzienia
do ciebie piszę list.
Ponuro wieczór w noc się zmienia,
od dworca słychać świst,
za oknem szare szmatki nieba
w żelaznej ramce krat...
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
To nic, córeczko, nic, że ciężko,
Za ciosem spada cios:
Ja jestem z tych, co zimne męstwo
Ciskają w twardy los.
Kiedy te słowa więzionego poety padły z ust recytującego ucznia w dniu 13 grudnia 1992 roku w czasie Mszy św. za spokój duszy prof. Jana Kota i Wiesławy Kotowej, oczy ich córki, obecnej w czasie tej uroczystości, wypełniły się po brzegi łzami.
Pamięć jej przywołała tamten odległy czas.
*
Panowała powszechnie atmosfera niepokoju i niepewności. Słowo "wojna" przekazywano sobie z ust do ust. Sierpień był wyjątkowo upalny.
A na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety
"Niedługo wrócę" - powiedział 33-letni prof. Jan Kot żegnając się z żoną i córką. Nie powiedział i nie przeczuł, że nastąpi to dopiero po 18 latach.
Opuścił Bochnię, pozostawił rodzinę, by służyć wyższej sprawie, by bronić zagrożoną Ojczyznę.
Odtąd sierpień stał się wyjątkowo tragicznym miesiącem w jego tułaczce żołniersko - więziennej: w sierpniu zaciągnął się do wojska, po kilku latah w sierpniu został aresztowany prez UB i w rok później w sierpniu zasiadł na ławie oskarżonych.
Kiedy błękitne niebo nad naszym krajem rozdarły niemieckie bombowce z czarnymi krzyżami na skrzydłach, Jan Kot - profesor bocheńskiego gimnazjum i liceum - jako podhalańczyk wstąpił w szeregi 156 Pułku Piechoty z Nowego Sącza, przechodząc z nią szlak bojowy od Wiśniowej i Szczyrzyca do rejonu Lubaczowa.
*
Zapadał zimowy zmierzch ustępując miejsca nocy z roziskrzonym niebem. W oknach domów bocheńskich nie błyszczały światła, ale ich wnętrza wypełniał ciepły, świąteczny nastrój. Śnieg padał dużymi płatami. Była to już któraś z kolei okupacyjna wigilia. Do stołu nakrytego białym obrusem usiadły matka i córka, obok zostało puste miejsce oraz piekące wspomnienie niczym żywa rana. Nagle usłyszały nieśmiałe pukanie. To przybył oczekiwany mąż i ojciec. Utrudzony jazdą na rowerze z Podłęża nie zatrzymał się jednak dłużej. Ukrywał się w Krakowie pod przybranym nazwiskiem. Od początku niemieckiej okupacji należał do Związku Walki Zbrojnej (ZWZ), był żołnierzem AK w krakowskim ugrupowaniu "Żelbet", pełnił funkcje dowódcy z kompanii batalionu Wojskowej Służby Ochrony Powstania, a po rozwiązaniu AK Kot - Kurek (pseud.) został członkiem władz naczelnych organizacji "Nie".
*
Wojna się skończyła, ogłoszono kapitulację Niemiec. Do domów wracali żołnierze ze stalagów, jeńcy wojenni ofiary obozów koncentracyjnych i wszyscy rzuceni przez zawieruchę wojenną na obcą ziemię.
Jan Kot nie powrócił do Bochni. Od 2 września 1945r. należał bowiem do ścisłego kierownictwa Ruchu Oporu bez Wojny i Dywersji "Wolność i Niezawisłość" (WiN). Opracowywał w oparciu o meldunki z całego kraju raporty o sytuacji w Polsce i przekazywał je do Rządu Rzeczypospolitej na emigracji. Był kierownikiem Biura Studiów WiN II komendy kierowanej przez płk. Fr. Niepokólczyckiego, uczestniczył w opracowaniu "Memoriału polskiego ruchu oporu do Rady Bezpieczeństwa ONZ".
*
Pracując w Studium Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego Profesor czasami "odwiedzał" Bochnię.
W pamiętny dzień 24 sierpnia 1946r., kiedy wychodził z domu, pies Puszek zachowywał się podejrzanie, szarpał swego pana za spodnie, chcąc go za wszelką cenę zatrzymać. Jego psia intuicja przeczuwała niebezpieczeństwo czyhające w Krakowie.
Rzeczywiście w tym dniu cała siatka winowska została zlikwidowana, a wraz z innymi został uwięziony i prof. Jan Kot. Słuch o nim zaginął, dopiero po kilku miesiącach p. Kotowa i córka Wanda dowiedziały się, że dostał się w ręce oprawców. Siedem miesięcy trwało śledztwo w bunkrze na UB w Krakowie przy placu Inwalidów, siedem miesięcy bito, katowano, znęcano się fizycznie i psychicznie, stosowano rozmaite tortury. Następnie zamknięto go na Montelupich, a później w więzieniu św. Michała, gdzie obecnie jedna z cel nosi imię Jana Kota.
W wyniku procesu (11 sierpień - 10 wrzesień 1947r.) Jan Kot został skazany trzykrotnie na karę śmierci. W czasie trwania procesu żona oskarżonego przebywała na sali rozpraw, a córka usłyszawszy przez radio wyrok powiedziała: "Tata i tak wróci". Czyżby przeczucie, czy wielka wiara były powodem takiej właśnie reakcji młodej dziewczyny?
Tymczasem "winowajca" przez 40 dni oczekiwał na wykonanie wyroku, przez 40 dni, od rana do nocy nadsłuchiwał czy zbliżające się odgłosy kroków po więziennym korytarzu będą zwiastunem śmierci, czy zgrzyt klucza w zamku drzwi oznacza ostateczność.
Dnia 13 listopada 1947 r. w więzieniu na Montelupich wykonano wyrok na trzech skazanych, uznanych "za niebezpiecznych ludzi sanacji". Ich kolegom zamieniono karę śmierci na dożywocie. Wtedy komendant Niepokólczycki powiedział do Jana Kota: "Wyszedł pan z celi śmierci. Proszę przeczytać pierwsze litery nazwisk rozstrzelanych: Kaczmarczyk, Ostafin, Tumanowicz (KOT)."
Następnie wywieziono prof. Kota do Wronek. Ponad 10 lat przebywał w więzieniu, w tym 5 lat w pojedynczej celi. Przetrwał dzięki hartowi ducha, silnej woli, wwierze, ale także dzięki wspaniałej kondycji fizycznej.
Wielokrotny mistrz Polski w pływaniu osiągnął swoje wyjątkowe sukcesy w wyniku pracy, wytrwałości, konsekwencji i szlachetnej rywalizacji, a równocześnie skromności. Potwierdza to Zbigniew Zięba, działacz i trener klubu sportowego "Cracovia" w swym wywiadzie o fenomenalnej karierze sportowej J. Kota: "Jako publicysta prasowy popularyzujący sporty wodne, Jan Kot nigdy nie pisał o swoich sukcesach, lecz zawsze podkreślał osiągnięcia koleżanek i kolegów klubowych."
*
Któż nie pamięta roku 1956? Nadzieja na lepsze dni zagościła też i w Bochni.
W kościele św. Mikołaja, ówczesny proboszcz ks. Michał Blecharczyk, z własnej inicjatywy, odprawił Msze św. o powrót z więzienia zasłużonego obywatela Bochni. Wierni zanosili modlitwy w jego intencji, a potem tłum ludzi spontanicznie zgromadził się w sali kina i uchwalił rezolucje o wypuszczenie na wolność Bohatera walk wrześniowych i partyzanckich.
I znowu upływały dni, tygodnie, miesiące oczekiwań.
*
Wiosna 1957r. Pierwsze kwiaty i pierwsza zieleń na drzewach. Marzec. W drzwiach domu przy ul. Kazimierza. Wielkiego stanął utrudzony człowiek, żołnierz, długoletni więzień PRL-u.
Oczy jego napotkały oczy córki. Ogromna radość i szczęście pojawiło się na ich twarzach. Wrócił! Witany przez najbliższych i przyjaciół wkrótce przekonał się, że jest nadal represjonowany: bez pracy, bez zameldowania, bez mieszkania.
Znaleźli się jednak w końcu ludzie życzliwi. Otrzymał pracę, a ponieważ magazynier z tytułem magistra był człowiekiem skromnym, szybko zyskał szacunek u wszystkich.
*
Czerwcowy dzień i uroczysta Msza św., złożenie kwiatów na grobie zasłużonego sportowca i bohatera polskiego podziemia, odsłonięcie brązowej tablicy i nadanie imienia Jana Kota nowoczesnej, pięknej pływalni.
Prof. Jan Kot wzór Sportowca i Człowieka zasłużył sobie w pełni na takie wyróżnienie, ale fakt ten jest również chlubą dla miasta Bochni.
W naszych czasach, w okresie dewaluacji wszelkich wartości, kiedy szukamy wzorców moralnych, należy stwierdzić, że Jan Kot był nie tylko wspaniałym sportowcem, szlachetnym i skromnym człowiekiem, ale przede wszystkim patriotą w całym tego słowa znaczeniu.
Przez 18 lat walczył o Polskę suwerenną i ponosił konsekwencje tej wiernej, bezinteresownej służby.
Nie dla poklasku, nie dla odznaczeń, nie dla stanowiska i korzyści materialnych poświęcił część swego życia Ojczyźnie.
Czy mogą się równać z nim ci, którzy dziś mienią się patriotami i za swoje "zasługi" czerpią określone, niemałe profity?
|